1 2009-04-04 01:08:05

"W ogrodzie Mirandy"
Katarzyna Krenz
tutaj link

Nie udało mi się nawiązać z tą książką iskry. Przeczytałam do końca, bo nie znoszę zostawiać niedoczytanej książki, czekającej wieki na dokończenie, jak wyrzut sumienia.

Mam wrażenie, że to miało być kobiece czytadło, jednocześnie mające ambicje na coś więcej. I chyba nie wyszło. Filozoficzne rozmowy między bohaterami zupełnie sztuczne. Drażniące. Główna bohaterka jak dla mnie zbyt chłodno i bezemocjonalnie podchodząca do swojej nietypowej sytuacji życiowej. Odrobinę nienaturalnie.

Ale poruszyła mnie drugoplanowa historia autentycznej postaci, angielskiej pisarki Iris Murdoch, którą kiedyś czytywałam i którą poznałam bliżej dzięki biograficznej powieści "Iris" napisaną przez jej męża, a potem dzięki filnowi "Iris" o dojrzałej miłości mężczyzny do kobiety chorej na Alzheimera (który zresztą przepłakałam w połowie). Poruszył mnie jej wątek w "W ogrodzie Mirandy", bo do tej pory znałam ją jako geniusza, filzofującą pisarkę, niezwykle inteligentną, o odrobinę luźniejszych obyczajach, nietuzinkową osobę wyprzedzającą ducha swoich czasów. Dopiero "W ogrodzie Mirandy" jest pokazana negatywnie, jako demon, kobieta fatalna, rozbijająca cudze małżeństwa, ciągnąca romans pod pozorem eksperymentu naukowego ze swoim profesorem. "W ogrodzie Mirandy" historia pokazana jest od strony zdradzanej, skrzywdzonej żony.

Ponieważ kiedyś bardzo przeżywałam tamten film o Iris Murdoch, Alzheimerze i mężu, który został przy niej do końca, teraz ten nowy, pejoratywny obraz owej kobiety połamał mi zupełnie moje wyobrażenia o niej i wspomnienia tamtego filmu.

Książkę można sobie darować. Film już nienajnowszy, zawsze będę polecać.
tutaj o filmie
 

skomentuj (0)

Moje nowe miejsce. 2009-03-23 21:42:12

Blog ten powstał z narastającej od dawna potrzeby podzielenia się tym, co mam ze świata zewnętrznego, czyli tym, co czytam. Piszę wspomnienia o dzieciach i dzieci wypełniają mi większość życia, ale wbrew pozorom one nie są moim jedynym i wyłącznym zainteresowaniem. Mam też swój regał na ksiażki, swoje trzy stojaki płyt z muzyką i męża, z którym nałogowo nocami ogladam filmy.

Miliony razy, po zamknięciu ostatniej strony książki, mam ochotę zadzwonić do kogokolwiek, napisać smsa do byle kogo, czy maila do pierwszej z brzegu osoby, że przeczytałam coś rewelacyjnego. Albo - przeczytałam straszną kichę, nie bierz się za to. Milion razy miałam ochotę zadzwonić z samochodu do mężą, aby powiedzieć mu, że przeżywam ekstazę, słuchając jakiejś płyty. Milion razy nie mogę zasnąć po filmie, który zszargał mi nerwy i wiem, że muszę kogoś tym obarczyć.  I za każdym razem na drugi dzień zapominam, żyję dalej i potem nikt już nie wie o tej jednej jedynej myśli, która mija tak szybko, jak szybko przechodzę do następnej książki i jak szybko wkładam następną płytę do odtwarzacza.
Może teraz w końcu uda mi się te wrażenia zostawić.

I jest jeszcze jedno.

Nie mam w ogóle pamięci do tytułów. Trzy lata po przeczytaniu ksiażki, słysząc sam tytuł, nie wiem, czy mialam coś takiego kiedykolwiek w ręce. Gdy myślę o tym, co czytałam kiedyś, pamiętam pojedyncze sceny, pamiętam swoje wyobrażenia niektórych bohaterów, pamiętam mgliście, co czułam podczas czytania, ale nie pamiętam tytułu. Może w końcu uda mi się gdzieś to przeczytane, wysłuchane i obejrzane zatrzymać, zapisać, dać dowód, że przeszło mi przez ręce.
 

 Zapraszam do lektury.

weronika.

skomentuj (5)

Księga Gości